Polityka | 15 listopada 2011
Paweł Walewski
Walki z Narodowym Funduszem Zdrowia - ciąg dalszy
Urzędnicy widzą potrójnie
Biurokraci z Narodowego Funduszu Zdrowia tworzą absurdalne reguły, które wpędzają szpitale w zadłużenie. Cierpią na tym specjalistyczne ośrodki, które dla wielu pacjentów są jedyną nadzieją na ratowanie zdrowia.
15-letnia dziewczynka trafiła do Centrum Zdrowia Dziecka wprost z oddziału pediatrii w Giżycku. Była przytomna, lecz miała mnóstwo objawów wskazujących na podrażnienie opon mózgowo-rdzeniowych. Lekarze ocenili jej stan na „ogólnie średni”, tomografia potwierdziła krwotok do mózgu. Neurochirurdzy przystąpili do operacji – usunęli naczyniak z czaszki i patologiczne naczynia, które prawdopodobnie były przyczyną wylewu. Po kilku dniach stan dziecka niespodziewanie się pogorszył. Doszło do porażenia lewej połowy ciała, utraty przytomności i dziewczynka na ponad miesiąc trafiła na oddział intensywnej terapii.
– Takich trudnych przypadków, z powikłaniami najcięższych chorób i wad wrodzonych, mamy w naszym szpitalu mnóstwo – mówi Jacek Graliński, dyrektor ds. klinicznych Centrum Zdrowia Dziecka. W końcu po to jest ten szpital, by wykonywać w nim zabiegi, których nie można przeprowadzić w placówkach powiatowych. Po to tu zgromadzono najwyższej klasy sprzęt i zatrudniono najlepszych lekarzy. Inne instytuty i kliniki wysokospecjalistyczne mają zbliżoną funkcję: skupiać się na przypadkach najtrudniejszych. Niestety nie mogą liczyć na sprawiedliwą zapłatę.
Koszty leczenia i pobytu w Centrum Zdrowia Dziecka pacjentki z Giżycka wyniosły prawie 87 tys. zł. Narodowy Fundusz Zdrowia zapłacił szpitalowi za tę pacjentkę niespełna 36,5 tys. zł. Ponieważ podobny problem z rozliczeniami powtarza się u co piątego pacjenta, suma pieniędzy poskąpionych przez NFZ dla CZD urosła od początku roku już do 30 mln zł i stale powiększa dług placówki.
Co to jest zgoda płatnika?
Ten sam kłopot mają inne wysokospecjalistyczne szpitale. Na przykład w Centrum Onkologii w Warszawie nie ma oddziału, który nie leczyłby chorych za większe sumy, niż zwraca Fundusz. Różnice między realnie poniesionymi przez szpital wydatkami a tym, co otrzymuje z NFZ, wynoszą od 1,5 tys. do nawet 211 tys. zł (na rekordowo drogie leczenie chorego w Klinice Nowotworów Układu Pokarmowego – skomplikowana operacja przełyku, chemio- i radioterapia, 40-dniowy pobyt na intensywnej terapii – wydano 333 tys., a Fundusz zapłacił 122 tys. zł). – Co ciekawe, otrzymalibyśmy pełną refundację, gdybyśmy przedstawili wyższy rachunek, opiewający na 366 tys. – twierdzi prof. Zbigniew Nowecki, szef kliniki. – Skoro nasze wydatki nie przekroczyły progu trzykrotnej wartości danego świadczenia, w katalogu NFZ ustalonego akurat dla tego chorego na 122 tys. zł, na pełny zwrot poniesionych kosztów liczyć nie można.
Czytaj całość: Polityka | Urzędnicy widzą potrójnie
Powrót